Saga eventów Marvela: które warto przeczytać, a które ominąć

0
33
3/5 - (1 vote)

Czym w ogóle jest „event” w Marvelu i po co to komu?

Definicja i podstawowe założenia eventów

W komiksach Marvela słowo event oznacza zwykle duży, przekrojowy crossover, który wpływa jednocześnie na wiele serii. Zamiast opowiedzieć historię tylko w jednym tytule, wydawnictwo rozlewa ją po całym uniwersum: Avengers, X-Men, Spider-Man, Fantastyczna Czwórka, kosmos – wszyscy wciągnięci w jedną większą sagę.

W praktyce typowy event Marvela składa się z dwóch warstw:

  • miniseria główna – kilka lub kilkanaście zeszytów z numeracją 1–6, 1–8 itp., najczęściej pod jednym tytułem (np. Civil War, House of M, Secret Invasion);
  • tie-iny – zeszyty „dopinki” w normalnie wychodzących seriach (np. Amazing Spider-Man #532–538 jako część Civil War), czasem też osobne miniserie poboczne.

Biznesowo eventy to sposób na podbicie sprzedaży. Duża nazwa, wielki kryzys, kilka okładek specjalnych – wielu czytelników sięga choćby z ciekawości. Ale jest też drugi, fabularny powód: eventy mają wstrząsnąć statusem quo. Śmierć ważnej postaci, zniszczenie miasta, zmiana ról bohaterów, nowy podział sił między drużynami – takie rzeczy Marvel najchętniej załatwia właśnie w ramach eventu.

Z tego powodu kolejne pokolenia scenarzystów traktują eventy jak mocne „kropki nad i”. Rozpisują długie wątki w zwykłych seriach, prowadzą postacie do skraju, a gdy wszystko już się nagromadzi, nadchodzi wielka konfrontacja pod szyldem eventu. Później z gruzów buduje się nowe otwarcie – często z dopiskiem na okładkach „Nowa era”, „Heroic Age”, „Marvel NOW!” itd.

Jak eventy zmieniły sposób opowiadania komiksów superbohaterskich

Dawniej komiksy superbohaterskie przypominały raczej seriale procedurale: każdy zeszyt lub krótkie mini-arc’e opowiadały zamkniętą przygodę. Oczywiście bywały dłuższe wątki, ale nawet bez znajomości poprzednich numerów dało się łatwo wejść w historię. Wraz z rozwojem eventów Marvel zaczął coraz mocniej myśleć w kategoriach ciągłego, nieskończonego serialu.

Event stał się czymś w rodzaju wielkiego finału sezonu – kulminacją linii fabularnych budowanych przez rok lub dwa. Po nim następuje „nowy sezon”, często z nowymi scenarzystami, numeracją od #1 i kolejnymi obietnicami „doskonałego punktu startowego”. Skutek? Fani dostają poczucie wielkiej, epickiej sagi rozciągniętej na lata, ale nowym czytelnikom coraz trudniej wejść w środek tej rzeki.

Ta zmiana ma dwie strony medalu:

  • Plus: silniejsze poczucie konsekwencji. Decyzje bohaterów z jednego eventu wpływają na ich relacje i wybory kilka lat później. Śmierć w Civil War pociąga skutki w następnych seriach, słowa Scarlet Witch z House of M odciskają piętno na mutantach przez całą dekadę.
  • Minus: rosnące uzależnienie od continuity. Żeby w pełni docenić wydarzenia w Secret Wars (2015), warto znać przynajmniej część New Avengers Hickmana, a te z kolei wynikają z wcześniejszych wątków związanych z Illuminati. Łańcuch potrafi ciągnąć się daleko wstecz.

W pewnym momencie Marvel zaczął funkcjonować trochę jak rozbudowany serial telewizyjny z kilkunastoma spin-offami. Kto śledzi wszystko na bieżąco, ma ogromną satysfakcję z połączeń między seriami. Kto wchodzi z doskoku – może szybko poczuć się jak widz, który włączył 7. sezon serialu bez obejrzenia wcześniejszych.

Przykład: współczesne Avengers bez kontekstu eventów

Dobrym testem jest próba czytania współczesnych (lub względnie współczesnych) serii Avengers bez choćby pobieżnej znajomości eventów. Wyobraź sobie, że sięgasz po losowy tom z napisem Avengers z ostatnich kilkunastu lat i:

  • Kapitan Ameryka jest stary lub go nie ma;
  • Hulk to nie Bruce Banner, tylko inna postać;
  • Thor jest niegodny młota, a jego miejsce zajmuje Jane Foster;
  • X-Men są nagle na osobnej wyspie/planecie z własną polityką.

Większość tych zmian wynika właśnie z eventów: Original Sin, Secret Wars (2015), AXIS, linii mutantów pokroju House of X/Powers of X. Bez zrozumienia tych punktów zwrotnych seria Avengers nadal bywa czytelna, ale traci sporą część emocji: nie wiesz, co doprowadziło bohaterów do obecnego miejsca.

Dlatego tak często pojawia się pytanie: które eventy Marvela trzeba znać, żeby sensownie poruszać się po uniwersum, a które można ominąć bez żalu? Tu właśnie zaczyna się selekcja.

Jak czytać eventy, żeby się nie pogubić i nie zniechęcić

Różnica między serią główną a tie-inami

Największą pułapką na nowych czytelników jest założenie, że trzeba przeczytać wszystkie tie-iny. Widać listę: 80 zeszytów, 12 różnych serii, osobne miniserie. Łatwo wtedy odłożyć całość „na kiedyś” – a „kiedyś” często nie nadchodzi.

W praktyce:

  • miniseria główna opowiada trzon fabuły, czyli konflikt, główne zwroty akcji, rozwiązanie i konsekwencje;
  • tie-iny najczęściej pokazują, jak event wpływa na konkretne postacie/drużyny: co robią X-Men w czasie Civil War, gdzie jest Hulk podczas Secret Invasion, jak reaguje dzielnica Spider-Mana na daną katastrofę.

Dobrą analogią jest film i zestaw krótkich opowiadań. Film to oś fabuły, opowiadania to dodatkowe punkty widzenia. Można je pokochać, jeśli interesuje nas dana postać, ale nie są warunkiem zrozumienia głównej historii, o ile event jest sensownie skonstruowany.

Przykłady eventów, które dobrze „działają” solo (wystarczy miniseria główna):

  • Infinity Gauntlet – tie-iny są ciekawostką, ale esencja historii Thanosa i Kamieni Nieskończoności jest w głównej miniserii;
  • Civil War – sporo emocji i tak siedzi w serii głównej; tie-iny pogłębiają perspektywy, ale nie są niezbędne, by zrozumieć konflikt;
  • House of M – główny wątek rzeczywistości przepisanej przez Scarlet Witch mieści się w podstawowych zeszytach.

Przykłady eventów, które bez wybranych tie-inów bywają pourywane:

  • Secret Invasion – miniseria pokazuje sedno inwazji Skrullów, ale część najlepszych scen emocjonalnych dzieje się w tie-inach (np. w tytułach Avengers);
  • Fear Itself – historia sama w sobie jest dość prosta, ale niektóre skutki i rozwój bohaterów (np. Iron Mana, Thora) lecą mocno po tie-inach;
  • Second Coming (X-Men) – to praktycznie zbiorczy crossover między seriami mutants, bez czytania według listy zeszytów łatwo coś zgubić.

Przy planowaniu lektury sensowne jest podejście „od środka”: najpierw miniseria główna eventu, a dopiero jeśli historia wciąga, dobieranie wybranych tie-inów skoncentrowanych na ulubionych postaciach.

Czytać w kolejności wydania czy chronologicznie?

Uniwersum Marvela przypomina czasem mieszankę mapy metra z pajęczyną. Da się po niej poruszać, ale trzeba zdecydować się na strategię. Dwie podstawowe to:

  • kolejność wydania – czytamy eventy w takiej kolejności, w jakiej ukazywały się w USA;
  • chronologia wewnątrzuniwersalna – próbujemy trzymać się porządku „fabuła po fabule”, nawet jeśli powstawały w innym czasie.

Dla większości czytelników bezpieczniejsza jest kolejność wydania. Scenarzyści pisali z założeniem, że czytelnik ma w głowie to, co właśnie wyszło, a nie to, co zostało dopisane retroaktywnie. Eventy też układają się wtedy naturalnie według „ery”: lata 80., lata 90., „nowożytność” po Avengers Disassembled itd.

Chronologia wewnętrzna bywa przydatna, gdy ktoś chce prześledzić konkretną linię, np. eventy X-Men albo kosmiczne sagi z Thanosem. Wtedy pomijamy trochę tytułów, ale zachowujemy ciągłość konkretnego wątku.

Przykładowe „strategie czytania” eventów Marvela:

  • tylko główne eventy uniwersalne – Secret Wars (1984), Infinity Gauntlet, Avengers Disassembled, House of M, Civil War, Secret Invasion, Siege, Fear Itself, Avengers vs X-Men, Infinity, Secret Wars (2015);
  • linia Avengers – od Disassembled, przez New Avengers, Civil War, Secret Invasion, Siege, aż po eventy Hickmana (Infinity, Time Runs Out, Secret Wars 2015);
  • linia X-Men – od Mutant Massacre i Age of Apocalypse, przez House of M, Messiah Complex, Second Coming, Schism, Avengers vs X-Men, aż do House of X/Powers of X (to już nowsza epoka, ale logiczny ciąg);
  • linia kosmiczna – Infinity Gauntlet, Annihilation, Annihilation: Conquest, War of Kings, The Thanos Imperative, później Infinity, częściowo Secret Wars (2015).

Dobrym przykładem zagubienia jest czytelnik, który po latach przerwy sięga po Avengers i widzi na okładce dopisek „tie-in do Secret Invasion”. Szybkie googlowanie kończy się ścianą tytułów i numerów. W takiej sytuacji najlepiej:

  • zidentyfikować główną miniserię eventu (np. Secret Invasion #1–8);
  • sprawdzić listę polecanych tie-inów (nie wszystkich);
  • przeczytać miniserię, a dopiero potem decydować, czy sięgać po resztę.

Co jeśli znam tylko filmy i seriale Marvela?

Osoba, która kojarzy Marvela głównie z MCU, często stawia pytanie: „Od czego zacząć, żeby nie przerazić się natłokiem?” Filmy rzeczywiście pomagały wejść w klimat: Avengers, Infinity War, Civil War – te tytuły z dużego ekranu mają korzenie w komiksowych eventach. Ale podobieństwo jest tylko częściowe.

MCU pomaga, bo:

  • pozwala rozpoznać kluczowe postacie (Iron Man, Cap, Thor, Wanda, Thanos);
  • przyzwyczaja do myślenia, że świat jest wspólny – bohaterowie spotykają się, tworzą drużyny, kłócą się i godzą;
  • wskazuje pewne wielkie konflikty: np. rozłam w Civil War, polowanie na Kamienie Nieskończoności.

MCU jednocześnie myli tropy, bo:

  • wiele eventów komiksowych ma inne przyczyny i inne konsekwencje niż filmowe odpowiedniki (Civil War w komiksach a w kinie to dwie różne dyskusje o kontroli nad superbohaterami);
  • relacje między postaciami bywają odwrócone (np. w komiksach Wanda ma o wiele dłuższą, mroczniejszą historię, a X-Men są kluczowi dla House of M, czego w MCU długo nie było);
  • niektóre filmowe „eventy” (np. Infinity War + Endgame) są wypadkową kilku różnych komiksów, a nie prostą adaptacją jednego.

Jeśli znasz tylko filmy, dobrym wyborem na start są eventy, które bazują na jasnym konflikcie lub prostym założeniu, a nie całej historii continuity. Wśród nich:

  • Civil War – czytelny konflikt ideowy: wolność kontra bezpieczeństwo, rejestracja versus niezależność;
  • Infinity Gauntlet – Thanos + Kamienie Nieskończoności; różnice względem filmów są duże, ale „punkt wejścia” jest znajomy;
  • House of M – alternatywna rzeczywistość wykreowana przez Scarlet Witch, mocno inna niż MCU, ale zrozumiała na poziomie emocji.

Trzeba tylko nastawić się, że komiksy nie będą „wersją reżyserską” filmów, ale osobną linią opowieści, z własnym rozwojem postaci i innymi decyzjami twórców.

Rozłożone kolorowe zeszyty komiksowe widziane z góry
Źródło: Pexels | Autor: Erik Mclean

Złota lista – eventy Marvela, które naprawdę warto znać

Kryteria „warto przeczytać” przy selekcji eventów

Żeby nie skończyć z listą trzy razy dłuższą od półki, potrzeba jasnych kryteriów. Przy wyborze eventów Marvela, które rzeczywiście warto przeczytać, sensownie kierować się trzema prostymi pytaniami:

Trzy pytania, które odsiewają komiksowy „szum”

Zamiast gonić wszystko, można potraktować event jak inwestycję czasu. Przy każdym z nich da się zadać trzy proste pytania:

  • Czy to było fabularnie przełomowe? Innymi słowy: czy po tym evencie świat Marvela wyglądał realnie inaczej, czy tylko wszystko wróciło do status quo po pół roku.
  • Czy to dobrze działa jako samodzielna historia? Nawet jeśli zna się tylko część postaci, czy da się dostać pełnokrwisty konflikt z początkiem, środkiem i końcem, a nie tylko serię teaserów do kolejnych serii.
  • Czy jest w tym jakiś „smak” – styl, motyw, pomysł – którego nie ma w innych eventach? Innymi słowy: czy to coś więcej niż powtórka schematu „wielka bitwa + reset”.

Event, który odpowiada „tak” na dwa z trzech powyższych pytań, zwykle ląduje na liście „to ma sens przeczytać”. Jeśli ma trzy razy „tak” – mamy kandydata do absolutnej klasyki.

Żeby ta lista była użyteczna, zamiast surowego rankingu „od najlepszego do najgorszego” wygodniej podzielić eventy na kilka kategorii: absolutne must-read, pozycje „dla chętnych” i takie, które można spokojnie poznać z wikipedii albo omówień.

Eventy „must-read” – fundament współczesnego Marvela

To zestaw historii, które regularnie wracają w dialogach, retrospekcjach i charakterach bohaterów. Nawet jeśli nie przeczytasz niczego więcej, te tytuły dają solidny szkielet znajomości uniwersum.

  • Infinity Gauntlet (1991, Jim Starlin, George Pérez, Ron Lim)

    Wciąż najbardziej ikoniczna opowieść o Thanosa i Kamieniach Nieskończoności. Prosty punkt wyjścia (szaleniec zdobywa absolutną moc), a przy tym zaskakująco kameralne momenty, jak rozmowy Thanosa z Death. Dla kogoś po MCU to trochę jak poznanie „oryginalnej legendy”, na bazie której powstała filmowa wersja.

  • Age of Apocalypse (1995–1996, różni twórcy)

    Gigantyczna alternatywna rzeczywistość X-Men, w której Xavier ginie, a świat przejmuje Apocalypse. Kluczowy powód, dla którego wielu fanów tak emocjonalnie reaguje na mutantów – to historia, w której naprawdę czuć stawkę i desperację. Dobrze sprawdza się jako osobny pakiet lektury, prawie oderwany od „głównej” ciągłości.

  • Avengers Disassembled (2004, Brian Michael Bendis, David Finch)

    De facto koniec „starych” Avengers i początek ery Bendisowskiej. Krótki, intensywny arc, który prowadzi prosto do House of M i tłumaczy, dlaczego Wanda jest tak potężną – i niebezpieczną – figurą w uniwersum. To też brama do całej nowożytnej sagi Avengers.

  • House of M (2005, Bendis, Olivier Coipel)

    Wariant „co by było, gdyby Wanda przepisala rzeczywistość”, z mutantami na szczycie drabiny społecznej. Nawet jeśli nie zna się połowy bohaterów, rdzeń emocjonalny (rodzina, żal, poczucie winy) jest czytelny. Jedno zdanie Wandy na końcu („No more mutants”) zmieniło status całej grupy na lata.

  • Civil War (2006–2007, Mark Millar, Steve McNiven)

    Najczytelniejszy polityczno-ideowy konflikt w Marvelu: bezpieczeństwo kontra wolność, odpowiedzialność za moc i za szkody uboczne. Działa zarówno jako duży spektakl, jak i dyskusja o tym, czym w ogóle są superbohaterowie w świecie, który przypomina nasz. Konsekwencje dla relacji między bohaterami ciągnęły się latami.

  • Secret Invasion (2008, Bendis, Leinil Francis Yu)

    Paranoiczny thriller o tym, że każdy może być Skrullem. Trochę mniej spójny w głównej miniserii, ale koncepcyjnie bardzo nośny: kto tu mówi prawdę, kto jest zdrajcą, komu można ufać? To także początek epoki Norman Osborna na świeczniku i preludium do Dark Reign.

  • Siege (2010, Bendis, Coipel)

    Krótki, skondensowany finał wątku Dark Reign i panowania Osborna. W praktyce „ostatnia wielka bitwa o Asgard”, po której Avengers i cały układ sił w uniwersum zmieniają się na bardziej klasyczny. Dobra historia dla tych, którzy lubią widzieć, jak dłuższa intryga ma wyraźny punkt kulminacyjny.

  • Infinity (2013, Jonathan Hickman, Jim Cheung i in.)

    Połączenie wojny z Thanosem na Ziemi i galaktycznej kampanii Avengers przeciwko Builderom. Mocno hickmanowe: dużo strategii, polityki, kosmicznych frakcji. Jeśli spodoba się ten styl, prosto stąd wchodzi się w Time Runs Out i Secret Wars (2015).

  • Secret Wars (2015, Hickman, Esad Ribić)

    Wielki finał kilkunastu lat rozwoju uniwersum, w którym całe multiwersum wali się w gruzy, a Doctor Doom zostaje bogiem jednego świata. Nawet jeśli nie zna się wszystkich przygotowań, sam event to fascynująca opowieść o władzy, kulcie osobowości i tym, co zostaje z bohaterów, gdy zdejmiemy im status quo.

Te eventy mają jedną wspólną cechę: jeśli później czyta się inne komiksy Marvela, bohaterowie wciąż odwołują się do tych wydarzeń – tak jak my wracamy do „wielkich” momentów w historii czy popkulturze.

Eventy „dla chętnych” – dobre, ale niekonieczne

Niżej jest półka, na której często ląduje się po wciągnięciu w „must-ready”. To rzeczy solidne, czasem świetne, lecz nie aż tak kluczowe dla dalszej znajomości uniwersum.

  • Mutant Massacre (1986, Claremont, Simonson i in.)

    Mroczny, brutalny crossover X-Men, który definiuje, jak niebezpieczny może być świat mutantów. Masa konsekwencji dla obsady, ale nie trzeba znać każdego zeszytu. Dobra pozycja, jeśli chce się zrozumieć, skąd w X-Men tyle traumy.

  • Onslaught (1996, różni twórcy)

    Punkt wyjścia jest mocny – mroczna świadomość zrodzona z połączenia umysłów Profesora X i Magneto. Realizacja bywa chaotyczna, ale to ważny moment dla mutantów i Avengers, prowadzący do eksperymentu Heroes Reborn. „Dla chętnych” głównie dlatego, że starzeje się różnie.

  • Messiah Complex / Messiah War / Second Coming (2007–2010, różni twórcy)

    Trylogia eventów X-Men o dziecku-mesjaszu mutantkindu, Hope Summers. Razem tworzą mocną, spójną epopeję o przetrwaniu gatunku, lojalnościach i fanatyzmie. Świetna ścieżka dla kogoś, kto polubił House of M i chce iść dalej w mutantów.

  • Annihilation (2006, Keith Giffen i in.) oraz Annihilation: Conquest (2007–2008)

    Kosmiczne eventy, które odświeżyły „space opera” Marvela: Nova, Annihilus, później Ultron i narodziny nowej wersji Guardians of the Galaxy. Dla fanów kosmosu to niemal obowiązek; dla reszty – smakowita, ale fakultatywna odskocznia od ziemskich problemów.

  • War of Kings (2009, Dan Abnett, Andy Lanning)

    Kontynuacja kosmicznej linii po Annihilation, z konfliktem między Inhumans a Shi’ar. Bardziej polityczna, pełna intryg i zderzenia imperiów. Jeśli ktoś polubił Annihilation, to naturalny kolejny krok.

  • Avengers vs X-Men (2012, różni twórcy)

    Spektakl zbudowany na prostym pytaniu: czy Phoenix to szansa mutantów na odrodzenie, czy globalne zagrożenie? Sporo efektownych walk i kilka ciekawych momentów charakterologicznych (np. u Cyclopsa), ale bardziej jako „wielki wrestling” dwóch marek niż subtelna opowieść. Dla fanów obu drużyn może być jednak bardzo satysfakcjonujący.

  • Fear Itself (2011, Matt Fraction, Stuart Immonen)

    Nordycki horror z dodatkowymi młotami i „Strachem, który chodzi po ludziach”. Pomysłowo ilustrowany, z kilkoma mocnymi scenami (zwłaszcza dla Kapitana Ameryki i Thora), ale jego długofalowy wpływ na uniwersum jest ograniczony. Dobry „sezonowy spektakl” na wieczór lub dwa.

Przy tej półce dobrze działa metoda: wybierz motyw, który cię kręci (kosmos, mutanci, Asgard) i sięgnij po odpowiadający mu event zamiast pchać całość od linijki.

Eventy, które można spokojnie ominąć (albo znać tylko z omówień)

Są też eventy, które miały być wielkie, ale w praktyce służyły głównie temu, by „coś się działo w grafiku wydawniczym”. To nie znaczy, że nie mają fanów, ale poziom fabularnej „obowiązkowości” jest tu niski.

  • Secret Wars II (1985–1986, Jim Shooter i in.)

    Kontynuacja słynnego Secret Wars z Beyonderem spacerującym po Ziemi i próbującym zrozumieć ludzkość. Pomysłowość bywa, ale całość jest mocno przegadana, a konsekwencje szybko się rozmywają. Jeśli ktoś lubi klimat lat 80., może sięgnąć z ciekawości; reszta nie traci wiele, pomijając.

  • Axis (2014, Rick Remender, Adam Kubert i in.)

    Event, w którym bohaterowie i złoczyńcy zamieniają się moralnymi biegunami. Kilka zabawnych konceptów, ale długofalowo niewiele z tego zostało. Łatwiej przeczytać krótkie streszczenie i najwyżej sięgnąć po wybrane wątki (np. określone serie Remendera) niż męczyć cały pakiet.

  • Original Sin (2014, Jason Aaron, Mike Deodato)

    Śledztwo w sprawie śmierci Watchera Uatu, oparte na ujawnianiu mrocznych sekretów bohaterów. Bardziej zbiór pretekstów do zmian status quo w poszczególnych seriach niż spójna, emocjonalnie nośna opowieść. Przydatne, jeśli śledzi się konkretną serię (np. Thora), ale jako event do samodzielnej lektury bywa rozczarowujące.

  • Shadowland (2010, Andy Diggle i in.)

    Crossover wokół Daredevila przejmującego kontrolę nad The Hand. Świetny pomysł na osobną historię Matta Murdocka, ale jako event rozwleczony i nierówny. Dla fanów Daredevila lepsza będzie lektura samej jego serii niż wszystkich tie-inów.

  • Fear Itself: przesadne rozdrabnianie

    Sama miniseria główna jest niezła, ale dziesiątki tie-inów o „młotach tygodnia” szybko zamieniają się w powtarzanie jednej nuty. Zdarza się, że ktoś wchodzi w ten event pełny entuzjazmu, a po kilku pobocznych seriach ma wrażenie, że czyta w kółko to samo.

Jeśli przy którymś z tych tytułów poczujesz, że po dwóch–trzech zeszytach nie klika – spokojnie można odpuścić. Zamiast walczyć z eventem na siłę, lepiej przeskoczyć do pozycji, które faktycznie ekscytują.

Klasyczne eventy sprzed ery „wszystko jest crossoverem”

Pierwsze Secret Wars – prototyp wielkiego eventu

Marvel Super Heroes Secret Wars (1984–1985, Jim Shooter, Mike Zeck) to dinozaur w dobrym sensie. Beyonder porywa bohaterów i złoczyńców na Battleworld, obiecuje spełnić życzenia zwycięzców i każe im się bić. Dziś fabuła wydaje się prosta i chwilami naiwna, ale kilka elementów przetrwało próbę czasu:

  • spotkanie tylu ikon w jednym miejscu – dla ówczesnych czytelników to był szok porównywalny z pierwszym filmowym Avengers;
  • narodziny czarnego kostiumu Spider-Mana (późniejszy Venom) – to wydarzenie samo w sobie stało się kamieniem milowym;
  • pokazanie, że można równocześnie prowadzić wiele serii i skleić je jednym „centralnym” tytułem.

Jako samodzielna lektura Secret Wars jest dziś bardziej ciekawostką historyczną i nostalgicznym seansem niż absolutnym must-read. Ale jeśli lubisz klasyczny, trochę patetyczny ton lat 80., może to być bardzo przyjemna wyprawa – trochę jak obejrzenie starego filmu akcji na VHS.

Inferno, Fall of the Mutants i inne mutantowe koszmary

Zanim eventy zaczęły obejmować całe uniwersum, Marvel ćwiczył formułę na mutantach. X-Men mieli tyle serii, że dało się z nich ulepić osobny, zamknięty „mikroświat” crossoverów. Jeśli ktoś chce wejść głębiej w mutantów, te tytuły tworzą sensowny pakiet klasyków.

Fall of the Mutants (1987–1988, Claremont i in.) to jeszcze niejednolita miniseria, tylko wspólny motyw przewodni przewijający się przez kilka tytułów. Dla X-Men oznacza „śmierć” na oczach świata i zejście do podziemia, dla X-Factor – mierzenie się z Apocalypse’em, a dla New Mutants – tragedię w Dallas. Nie trzeba czytać wszystkiego, by załapać klimat – wystarczy jedna linia (np. sam Uncanny X-Men), żeby zobaczyć, jak mrocznie potrafił pisać Claremont i jak mocno zmieniało to status quo bohaterów.

Inferno (1988–1989, Claremont, Louise Simonson i in.) to już pełnoprawny mutantowy horror. Demony zalewają Nowy Jork, ulice pożerają ludzi, a stare grzechy (szczególnie wokół Madelyne Pryor i Cyclopsa) wracają jak bumerang. Ten event ma:

  • mocny ładunek emocjonalny – zwłaszcza dla fanów Jean Grey, Cyclopsa i Colossusa;
  • kapitalnie pokręconą oprawę graficzną – miasto dosłownie żyje i szaleje;
  • czytelny trzon fabuły – nawet jeśli nie zna się wszystkich szczegółów z wcześniejszych lat.

Dla współczesnego czytelnika Inferno działa trochę jak campowy horror z VHS: kicz miesza się z prawdziwym dramatem, ale zostaje w głowie. Świetny krok, jeśli ktoś po Dark Phoenix i Mutant Massacre szuka „hard mode” mutantowego cierpienia.

Obok tego koszmarnego duetu są jeszcze mniejsze, ale wpływowe kamienie milowe, jak X-Tinction Agenda (1990) – porwanie mutantów do totalitarnego Genoshy – czy Age of Apocalypse (1995), elseworldowy eksperyment, w którym Profesor X ginie przed powstaniem X-Men, a świat przejmuje Apocalypse. Ten ostatni nie jest klasycznym eventem rozlanym na wszystkie serie, tylko kompletną przebudową linii X na kilka miesięcy. Dla wielu fanów to wręcz „osobne uniwersum w pigułce” i jedna z najbardziej pamiętnych alternatywnych rzeczywistości Marvela.

Królestwo Spider-Mana – maximum i klony

Spider-Man też dostał swoje wczesne „eventy”, choć często pachniały raczej eksperymentem z formułą niż świadomym planem. Jeśli ktoś lubi ścianołaza, warto wiedzieć, co z tego zestawu faktycznie doczytać, a co traktować jako ciekawostkę.

Maximum Carnage (1993, różni twórcy) to czysta, dziewięćdziesiątkowa przesada: Carnage zbiera ekipę psychopatów i urządza rzeź na ulicach Nowego Jorku, a Spider-Man i Venom – plus cała banda gości specjalnych – próbują go powstrzymać. To komiks:

  • głośny, krwawy i bardzo „ekstremalny” jak na tamte czasy;
  • mocno rozciągnięty – czytany ciurkiem może męczyć powtarzalnością;
  • kluczowy raczej dla fanów Carnage’a i nostalgii za latami 90. niż dla fabularnego kanonu.

Jako samodzielne czytadło bywa fun, ale nie zmienia życia Spider-Mana na tyle, by był obowiązkiem. Dobra pozycja, jeśli ktoś po prostu chce „poczuć” tamten okres.

Znacznie bardziej kontrowersyjna jest Clone Saga (ok. 1994–1996). Zaczynała się od intrygującego pytania: a co jeśli Peter Parker, którego znamy, jest klonem, a „prawdziwy” Peter wraca jako Ben Reilly? Początkowo miała być krótka i gęsta, ale sukces sprzedażowy sprawił, że rozciągnięto ją w nieskończoność. Dla kogoś, kto czyta to dziś:

  • początkowe historie z powrotem Bena potrafią być zaskakująco dobre;
  • całość szybko tonie w zwrotach akcji, retconach i zmianach planów;
  • lepiej sięgnąć po współczesne, zwięzłe wydania „The Clone Saga” niż po każdą oryginalną serię.

To raczej materiał dla fascynatów Spider-Mana i ludzi ciekawych, jak wygląda komiks, który „wymknął się z rąk”. Dla przeciętnego czytelnika wystarczy ogólne rozeznanie, kim jest Ben Reilly, bez przekopywania się przez wszystko.

Cosmic od lat 70. do Annihilation – droga do gwiazd

Zanim Marvel rozpędził się z Annihilation i War of Kings, kosmos budował się w długich, rozproszonych sagach. To nie zawsze są eventy w ścisłym sensie, ale wiele z nich funkcjonuje w kulturze fanowskiej jak wielkie „rozdziały” historii.

Na początek mocny klasyk: The Kree–Skrull War (Avengers #89–97, 1971–1972, Roy Thomas, Neal Adams i in.). To jedna z pierwszych historii, w której Ziemia staje się pionkiem w galaktycznym konflikcie. Mamy:

  • Avengers w roli dyplomatów, żołnierzy i sabotażystów;
  • polityczne napięcia między dwiema kosmicznymi potęgami, które wrócą w setkach późniejszych historii;
  • pierwsze duże sygnały, że Skrulle mogą podmienić dowolną postać – co po latach zaowocuje Secret Invasion.

Komiks zestarzał się stylistycznie (długie monologi, patos), ale to fundament całej „kosmicznej polityki” Marvela. Dobra lektura dla kogoś, kto po filmowym Captain Marvel chce zobaczyć, skąd wzięła się wojna Kree–Skrull.

Następnym kamieniem milowym są sagi Thora z lat 70. i 80., zwłaszcza run Waltera Simonsona (Thora #337–382). To nie jest jeden event, tylko ciąg dłuższych wątków, w których przeplatają się:

  • Ragnarok i przepowiednie końca Asgardu;
  • Beta Ray Bill, kosmiczny „konkurent” Thora do młota;
  • walki bogów z Surturem, wielkim ogniowym demonem.

Jeśli ktoś lubi klimaty Fear Itself, tutaj znajdzie „wersję źródłową” wielu motywów. Czytać można jak jedną długą sagę fantasy w superbohaterskim kostiumie.

Osobnym, bardzo specyficznym rozdziałem są przygody Adama Warlocka i związane z nim historie kosmiczne Jima Starlina – od Marvel Premiere i Warlocka z lat 70. po znacznie późniejsze The Infinity Gauntlet, Infinity War i Infinity Crusade. Te ostatnie to już wczesne eventy w klasycznym sensie:

  • The Infinity Gauntlet (1991) – Thanos zdobywa komplet Kamieni Nieskończoności i wybija połowę wszechświata. Komiks jest prostszy fabularnie niż filmy, ale pełen kosmicznego patosu i dziwacznej metafizyki;
  • Infinity War (1992) i Infinity Crusade (1993) – coraz bardziej skomplikowane eskalacje wokół „dobrych” i „złych” aspektów Warlocka.

Infinity Gauntlet to pozycja obowiązkowa dla fanów Thanosa – głównie z racji kultowego statusu i bezpośredniego wpływu na wyobraźnię twórców MCU. Dwa kolejne eventy są już wyraźnie bardziej „dla kolekcjonerów” niż dla kogoś, kto chce po prostu solidnej, zwartej historii.

Mutanci w latach 90.: od Age of Apocalypse do Onslaught

Lata 90. dla mutantów to ciągły bal na wulkanie – jedna katastrofa goni następną, a eventy zaczynają pełnić rolę corocznych „wstrząsów”. Dla czytelnika spoza epoki bywa to przytłaczające, ale kilka z tych historii wciąż robi wrażenie.

Age of Apocalypse (1995–1996) to wariacja na temat „co by było, gdyby historia potoczyła się inaczej?”. Legion zabija przypadkowo Profesora X w przeszłości, przez co przyszłość zmienia się w koszmarne imperium Apocalypse’a. Na poziomie wydawniczym oznaczało to:

  • zawieszenie wszystkich bieżących serii X na kilka miesięcy;
  • uruchomienie alternatywnych tytułów (np. Astonishing X-Men, Generation Next, Factor X) osadzonych w nowej rzeczywistości;
  • kompletną wymianę status quo – Magneto prowadzi X-Men, część bohaterów jest złoczyńcami, inni zginęli dawno temu.

To świetny przykład, jak z eventu zrobić „wejście boczne” do całej linii. Można czytać Age of Apocalypse bez wielkiej znajomości ówczesnych serii – traktując to jako samodzielne uniwersum. Jeśli ktoś lubi mocne „elseworldy” i nie boi się 90sowej estetyki, będzie się tu czuł jak w domu.

Po AoA następuje kilka mniejszych crossoverów (np. Phalanx Covenant), aż dochodzimy do wspomnianego już Onslaught. Warto dorzucić, że dla reszty uniwersum ten event był o tyle ważny, że posłużył jako wymówka do eksperymentu Heroes Reborn – częściowe „przepisanie” Avengers i Fantastycznej Czwórki w osobnych, pół-autonomicznych seriach. Sam Heroes Reborn w klasycznej, 90sowej wersji jest dziś raczej ciekawostką historyczną niż lekturą pierwszego wyboru.

Stos komiksów superbohaterskich Marvela z kolorowymi okładkami
Źródło: Pexels | Autor: Erik Mclean

Era po Secret Wars (2015) – event jako rytm wydawniczy

Od Civil War II do Empyre – rollercoaster jakości

Po Secret Wars Marvel wkroczył w okres, w którym event staje się niemal corocznym obowiązkiem. Nie wszystkie z nich zestarzeją się dobrze, ale kilka już teraz wyraźnie wybija się z tłumu – albo jako faktycznie dobre historie, albo jako ważne punkty orientacyjne.

Civil War II (2016, Brian Michael Bendis, David Marquez) próbowało powtórzyć sukces pierwszego Civil War, tym razem z motywem „prewencyjnej sprawiedliwości” opartym na proroctwach Inhumana Ulyssesa. Na papierze brzmi to nieźle: czy wolno karać za zbrodnie, których jeszcze nie popełniono? W praktyce:

  • konflikt między Carol Danvers a Tonym Starkiem bywa wymuszony i słabo uargumentowany;
  • część decyzji fabularnych (śmierć pewnych postaci, losy Hulka) wygląda jak checklist zmian, które trzeba „odfajkować” przed kolejnymi seriami;
  • wydźwięk całości jest mniej spójny niż w pierwszym Civil War.

Ten event ma znaczenie głównie jako źródło kilku ważnych status quo (np. dla Carol Danvers, Milesa Moralesa czy Hulka), ale rzadko pojawia się na listach ulubionych historii. Jeśli ktoś śledzi konkretne postaci, może przejrzeć streszczenie i ewentualnie sięgnąć po wybrane zeszyty; jako całość to raczej „do zaliczenia” niż do smakowania.

Znacznie lepiej wypada Secret Empire (2017, Nick Spencer, Steve McNiven i in.), czyli słynna saga „Hydra-Capa”. W skrócie: przez splot intryg i manipulacji rzeczywistością Steve Rogers staje się tajnym agentem Hydry, przejmuje władzę w USA i wprowadza autorytarny reżim. Brzmi jak profanacja? Trochę tak – i budziło gigantyczne kontrowersje – ale jako thriller polityczny event jest zaskakująco sprawny:

  • pokazuje, jak łatwo system można rozmontować od środka, jeśli ludzie ufają symbolowi bardziej niż zasadom;
  • daje kilka świetnych momentów dla bohaterów drugiego planu (Sam Wilson, Black Widow, AI-Tony Stark);
  • ma wyraźną strukturę oporu przeciw dyktaturze, zamiast przypadkowego ciągu bitew.

Trzeba zaakceptować, że to historia o „zepsutym” Kapitanie Ameryce, ale finał przywraca moralny kręgosłup postaci w jasny sposób. Dla osób zainteresowanych politycznym wymiarem superhero – zdecydowanie na plus.

Empyre (2020, Al Ewing, Dan Slott i in.) to z kolei kosmiczna telenowela polityczna: dawne roślinne imperium Cotati postanawia wziąć rewanż na Kree i Skrullach, a w środek konfliktu wpadają Avengers, Fantastic Four i Hulkling jako nowy cesarz połączonego imperium Kree/Skrull. To event:

  • średniej długości, stosunkowo zwarty – bez niekończącej się lawiny tie-inów;
  • mający wyraźne konsekwencje dla kosmicznej sceny (zwłaszcza Hulkling i Wiccan);
  • dobrze zbalansowany między akcją a politycznym „przekomarzaniem się”.

Nie jest to nowy Infinity Gauntlet, ale solidny kosmiczny sezon, po który można sięgnąć, jeśli ktoś polubił Annihilation czy War of Kings i szuka nowszego odpowiednika w lżejszym tonie.

King in Black, War of the Realms i inne „tematyczne” spektakle

Nowoczesne eventy często biorą jeden motyw – „inwazja elfów z Muspelheim”, „bóg symbiontów napada na Ziemię” – i budują wokół niego kilkuodcinkowy blockbuster. Dobrze nadają się jako samodzielne sezony, nawet jeśli nie rewolucjonizują uniwersum.

Kluczowe Wnioski

  • Event w Marvelu to duży crossover rozlany na wiele serii: trzon historii opowiada krótka miniseria główna, a liczne tie-iny pokazują tylko, jak dane wydarzenia odbijają się na konkretnych bohaterach i drużynach.
  • Eventy służą zarówno biznesowi (podbijają sprzedaż i uwagę), jak i fabule – są momentem, w którym Marvel „trzęsie” statusem quo: zabija ważne postacie, zmienia role bohaterów, przestawia układ sił w całym uniwersum.
  • Współczesne komiksy Marvela zaczęły działać jak nieskończony serial z finałami sezonów w postaci eventów: po kulminacji następuje „nowy sezon” z nową numeracją i świeżym otwarciem, co cieszy stałych fanów, ale utrudnia start nowym czytelnikom.
  • Silne powiązanie między eventami daje poczucie konsekwencji – decyzje i traumy z Civil War, House of M czy Secret Wars odbijają się echem w seriach przez lata, więc jedna duża historia często staje się punktem odniesienia dla kilku następnych.
  • Cena za tę wielką sagę to rosnące uzależnienie od continuity: żeby w pełni „zaskoczyć”, co dzieje się np. w Secret Wars (2015) czy u Avengers, trzeba znać wcześniejsze serie i eventy (New Avengers, Illuminati, mutanckie linie itp.).
  • Zmiany statusu bohaterów widoczne w losowo wybranym tomie Avengers (stary Steve Rogers, inny Hulk, Jane Foster jako Thor, wyizolowani X-Men) najczęściej wynikają właśnie z eventów; bez ich znajomości seria jest zrozumiała, ale znika duża część emocjonalnego ciężaru.